Mika siedziała w pierwszym rzędzie,
zaraz obok klatki. Miała złe przeczucia do tego, co aktualnie robił Jack.
Wiedziała, że śledzenie go było najlepszym rozwiązaniem. Nigdy nie
przypuszczałaby, że brunet mógł się wpakować w tak niebezpieczną rozrywkę. Nie
było w tym nic ciekawego, po za tym Brewer wyglądał teraz strasznie. Leżał na
środku ringu ze skaleczeniami na plecach i podbitym okiem. Jednak coś
motywowało go do dalszej walki, gdyż wstał dumnie i zaatakował z impetem
przeciwnika, który runął na ziemię. Finkle rozejrzała się wokół, jej wzrok
przykuł dziwny mężczyzna w garniturze. Wytężyła swój umysł, który pracował
teraz w zawrotnym tempie, gdyż musiał ogarnąć to wszystko. Wreszcie w jej
głowie zabłysnęła mała lampka. To ten sam
mężczyzna, który groził wujkowi i… to ten wielki gangster Seaford! W co ten
Jack się wpakował?! Zszokowana blondynka patrzyła na przyjaciela, który
oberwał niezły łomot od wielkiego kolesia. Jednak Jack znów wstał na nogi i
zadał kilka mocnych ciosów. Jego przeciwnik upadł na ziemię, zahaczając głową o
belkę w klatce. Sędzia wszedł na ring i ogłosił zwycięzcę. Jack dumnie stanął
obok niego, a ten podniósł prawą rękę chłopaka do góry. Mika spojrzała na Sarę,
która właśnie spuściła głośno powietrze. Na pierwszy rzut oka było widać, że
dziewczyna martwi się o swojego brata. Gdy chłopak stanął wykończony po walce
na środku „parkietu” wszyscy zaczęli klaskać. Zawodnicy zeszli z ringu, a do
Brewera podszedł ten bandyta.
- Świetnie Jack. Widzę, że zależy ci na
tej małej. – mężczyzna zaśmiał się głośno. – Do zobaczenia na kolejnej walce. –
Sara i Mika szybko podbiegły do Jacka.
- Braciszku jak ty wyglądasz? – brunetka
prawie płakała, gdy to mówiła. W tym czasie Mika patrzyła z niedowierzaniem na
chłopaka.
- Skąd wiedziałaś? – pytanie skierował
do Finkle z nawet miłym głosem.
- Śledziłam cię, zadowolony? Na kim ci
tak zależy? – chłopak spojrzał na nią zestresowany. – Już wiem… To Kim, prawda?
- Tylko nikomu nie mów! Nikt nie może
wiedzieć!
- Nikt nie może wiedzieć, że taki wielki
Casanova jak ty się zakochał?
- Dokładnie. – Mika wywróciła oczami.
Nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Jej rozmyślania przerwał telefon.
Sięgnęła do kieszeni spodni.
|
Rozmowa telefoniczna |
K:
Mika gdzie ty jesteś?
M:
O hej Kim! Zaraz będę, a co się stało?
K:
Właśnie siedzę z twoją mamą w salonie, a ona się o ciebie martwi!
M:
Spoko… Jak to siedzisz u mnie w salonie?
K:
Uciekłam z domu. Spoks, wracaj do domu.
M:
Zaraz będę mamusiu.
K:
Hahahaha… ruchy! Pa!
M:
Pa!
|
Koniec rozmowy |
- Muszę spadać. Kim uciekła z domu…
- Co??? – Sara i Jack spojrzeli dziwnie
na Mikę, która odwróciła się, gdyż już wychodziła.
- Po prostu. Jakbyś dostawał od ojca,
który zwariował i miałbyś matkę, która w kółko powtarza imię zmarłego dziecka,
też byś uciekł. Na razie! – Sara spojrzała gniewnie na brata. Dobrze wiedziała,
że to wina jej rozpieszczonego braciszka. Nie miała odpowiednich słów, żeby
opieprzyć bruneta.
- Widzisz coś narobił gówniarzu! Dalej
kurwa pakuj się w wielkie gówna, to obiecuję, zabiję cię! – zdziwiony Jack
powędrował za siostrą, która ruszyła do wyjścia.
Kim siedziała w salonie u Miki i
trzymała się za gips. Upadek nie podziałał dobrze na zwichniętą kostkę i teraz
owa kończyna strasznie ją bolała. Czekała ze zniecierpliwieniem na
przyjaciółkę, gdy nagle ta pojawiła się w progu, od razu zaczęło się
przesłuchanie.
- Gdzie byłaś?
- U Jerry’ego. Spokojnie wszystko gra. –
Kim niedowierzała swojej przyjaciółce, jednak w ostateczności poddała się. Potrzebowała
się teraz komuś wyżalić, może przy niej pozwoli swoim łzom popłynąć. Jeszcze przy
nikim nie płakała, ale teraz trudno było jej zachować zimną krew.
- Kim może pójdziemy do mnie do pokoju i
się rozpakujesz? – blondynka chętnie przystała na tą kwestię. Gdy weszły do
pokoju Miki – różowe z brązowymi elementami, Kim zrobiło się ciut niedobrze.
- Nadal nie cierpisz różu?
- Tak… kojarzy mi się z plastikami…
- No cóż musisz przeżyć! – uśmiechnęła się
pogodnie, Crawford zrobiła to samo. Usiadły na łóżku i patrzyły w ścianę.
- Ojciec powiedział, że to mnie zabije!
- Nie mógł mówić tego na serio…
- On jest do wszystkiego zdolny. –
Finkle patrzyła ze zdumieniem w oczach na przyjaciółkę.
- Leć pod prysznic, a ja w tym czasie wyjmę
materac i go nadmucham. W sensie pompka to zrobi. – uśmiechnęła się i zagnała
blondynkę do łazienki. Teraz musiała przemyśleć kilka spraw. Po pierwsze: Co z
Jackiem? Po drugie: Wiedziała, że Jerry coś ukrywa! I to trzecie: Milton też
nie ma czystego sumienia! To wszystko wydawało się takie skomplikowane, ale
musiała pomóc Jackowi i chłopakom, oczywiście jeżeli jej potrzebowali…
Napisała sms-a do Jacka, żeby ja krył,
iż że nie było jej na walce, tylko u Martineza. To samo napisała do swojego
chłopaka. Teraz mogła spać spokojnie, więc szybko się przebrała i ułożyła do
snu…
Kim w tym czasie weszła pod prysznic i
śpiewała sobie piosenkę Evanescene - Bring me to life. Zdawało jej się, że ktoś
ją obserwuje. Wyszła szybko spod prysznica i ubrała swoją „piżamę”, składającą
się z: malinowej, luźnej bluzki z motywem głowy Myszki Miki, w której widać
było jej pępek i czarne zwężane na dole dresy. Na nogach miała różowe kapcie (
puchate japonki ;D ), których nienawidziła z całego serca. Znaczy uwielbiała
je, bo dostała je od Iana na szesnaste urodziny ( tuż przed jego śmiercią ),
ale miały jedną wadę… kolor( piżamka Kim ). Spojrzała w stronę okna, a pod drugiej stronie z
wielkim uśmiechem na twarzy siedział Jack ( na zewnątrz był parapet ).
- Co ty tu robisz? – o dziwo nie
krzyczała, tylko spytała delikatnie i normalnie.
- Przyszedłem z tobą porozmawiać. Słyszałem
od Jerry’ego, że uciekłaś z domu. – Crawford patrzyła z niedowierzaniem na
chłopaka.
- Ale musiałeś mnie podglądać?
- Przepraszam, ale nie mogłem się
oprzeć. Zbyt kusząca propozycja.
- Świnia! – znów nie mówiła tego z
wyrzutem, tylko ze śmiechem. Jej zachowanie bardzo dziwiło Jacka. – Dziwi cię
czemu jestem taka miła? – pokiwał twierdząco głową. – Szczerze… mam dość tej
wojny. Możemy się zakumulować? – Brewer uśmiechnął się słodko, a Kim
odwzajemniła gest.
- Dla mnie spoko. Próbuję się z Toba pogodzić
od kilku tygodni.
- Nie było widać… - znów się zaśmiała. Brunet
wpatrywał się w śmiejącą się Crawford jak w obrazek.
- Słodko się uśmiechasz i śmiejesz. Czy
ja to powiedziałem na głos? – Kim pokiwała twierdząco głową.
- Dzięki, to słodkie. Ale mam pytanie…
które części mojego ciała widziałeś? – przybliżyła się do niego, tak że stała z
nim teraz ramię w ramię.
- Jeżeli mam odpowiadać to powiem prawdę…
wszystko.
- Aha… - Crawford się… uśmiechała. – Ale
nigdy więcej tego nie rób. A teraz idź, bo będą cię szukać.
- Martwisz się o mnie jakbyśmy byli już
dawno przyjaciółmi.
- A kto powiedział, że dopiero teraz ci
wybaczyłam… - przybliżyła się do niego i ich usta złączyły się w pocałunku. Dziewczyna
siłą wciągnęła Brewera do środka. Uśmiechali się między pocałunkami, jednak Kim
oderwała się od niego.
- Miałeś iść…
- Ale… nieważne. Pa! – chciał zejść, gdy Kim odwróciła go do siebie i pocałowała
go ostatni raz dziś.
- Pa! – uśmiechnęła się, a Jack
zeskoczył na dół ( pokój Miki był na piętrze )
- Czyli ten pocałunek oznacza, że
jesteśmy razem? – uśmiechnęła się do niego.
- Chyba w twoich snach! – Jack posłał
jej figlarny uśmieszek i pobiegł w stronę domu. Crawford patrzyła jak odbiega,
po czym udała się do pokoju. Tam Mika już słodko spała, a na podłodze był
rozłożony dmuchany materac. Blondynka dotknęła swoich ust. Może mu wybaczyłam, ale to nie oznacza, że tak łatwo mnie zdobędzie! Uśmiechnęła
się sama do siebie, po czym położyła się spać na materacu…
I jak? Mnie po raz pierwszy podoba się jakiś rozdział :D Taki mraśny :*** Chcę was powiadomić, zę do Kicka jeszcze daleko :D Czekam na next u was, a i usuwam magiczną historię. Nie umiem na niej pisać, nie potrafię takich rzeczy pisać...
Pozdrawiam i dobranoc ;** Ola Howard