Życie nastolatków nie wygląda kolorowo, a w szczególności, gdy twój ojciec jest alkoholikiem. Wszędzie czujesz odór alkoholu, a matka nie może nic na to poradzić. Grace z czarną torbą na ramieniu weszła z niesmakiem do domu, na drodze było pełno butelek. Jej mama siedziała w kuchni popijając herbatę, a ręce trzęsły jej zanadto. Ojciec leżał na kanapie w małym saloniku, kompletnie zawiany. Dziewczyna podeszła do rodzicielki. Kobieta miała na ciele pełno siniaków, a z wielkiej rany na dłoni leciała jej krew.
- Znów cię pobił? – w oczach Grace
zaczęły tworzyć się łzy. Miała dość swojego taty, który zachowywał się jak król
tego domu. Jej mama nie odpowiedziała jej na pytanie tylko sama je zadała.
- Córeczko co to za torba?
- Nie ważne! Pobił cię? – nic nie odpowiedziała.
– Po co pytam? Przecież widzę! – weszła do salonu i spojrzała na ojca. –
Wstawaj! – zero reakcji. – WSTAWAJ TY PIERDOLONY ALKOHOLIKU! – ojciec zerwał
się na nogi i zacisnął ręce w pięści.
- Ty głupia dziewucho! Masz czelność
mnie budzić? Ty zasrana gówniaro! – zbliżał się w stronę Grace, ta sięgnęła
ręką do torby i wyszukała pistolet. – Teraz pożałujesz! – był jakiś metr od
niej, gdy dziewczyna wyciągnęła przed siebie broń.
- Tylko mnie dotknij, a cię zastrzelę! –
ojciec stanął jak wryty. Skąd jego córka ma pistolet? Dziewczyna patrzyła na ojca
z triumfem. – Już nie jesteś taki kozak, co? Jeszcze raz dotkniesz mnie albo
mamę to cię zabiję! – uśmiechnęła się do nich sztucznie i poszła do pokoju.
Odsunęła portret ich rodziny i otworzyła swój mały sejf, gdzie włożyła
wszystkie bronie. Bała się, że gdy schowała je gdzieindziej, ojciec by je
znalazł i zabił ją i mamę. Dzień pełen
niespodzianek. Załatwiłam tego Jaydena i postawiłam się ojcu! Dobry początek!
Z tą myślą położyła się do łóżka…
Jack leżał niespokojnie na łóżku,
rodzice pierwszy raz w życiu się kłócili. Nigdy nie był w sytuacji, która stała
pod znakiem zapytania. Najpierw Kim, a teraz rodzice kłócą się od dwóch godzin.
Przykrył głowę poduszką, jednak to nic nie dało, za to usłyszał trzask szyby i…
strzał… strzał! Wyskoczył z łóżka i w ekspresowym tempie ruszył na dół. Ojciec
stał pod ścianą, a mama leżała w kałuży krwi. Już chciał tam wejść, gdy ktoś
zaciągnął go pod schody.
- Jeżeli tam pójdziemy też zginiemy,
Jack… - to Sara szeptała, żeby nikt ich nie usłyszał. Wsłuchiwali się w
rozmowę… Carla ( najgroźniejszego pracownika Ramireza ) z ich ojcem.
- Gdzie jest twój syn? – krzyczał.
- Nie ma go! – wtedy słychać było
stłumiony krzyk taty i krzyk Carla, żeby zwiewać. Jack i Sara niepewnie wyszli
z kryjówki. Mama leżała tak jak przedtem w jeszcze większej kałuży krwi, a
ojciec tak jakby siedział oparty o ścianę, tyle, że miał podcięte gardło.
- O boże! To moja wina! – krzyknął
chłopak i rzucił się do ciała mamy. Wtedy po raz pierwszy w życiu zaczął
płakać. Sara stała jak zaczarowana i wybuchła.
- Po co wtedy poszedłeś na tą salę?
Teraz by nic takiego nie było! Mielibyśmy rodziców! – spojrzała na Jacka, który
płakał. Siostra nigdy nie widziała go w takim stanie, więc zaczęła rozumieć, że
sam żałuje tego, że tam poszedł. – Jack… przepraszam… to nie twoja wina, że tak
się stało… ale teraz musimy uciekać. Będą nas szukać, chodźmy do Jerry’ego.
Szatyn wstał i wytarł łzy.
- Chodźmy! – oboje przed zbite okno
ruszyli do posiadłości Martineza.
- Synku wszystko w porządku? – spytała
mama Jerry’ego, gdy wyszedł zza szafy.
- O matko! Jak dobrze, że was nie było! Vienen aquí y
querían matarlo usted tiene que huir a España! (Oni
tu przyszli i chcieli was zabić. Musicie uciekać do Hiszpanii!) Już pakować
się! – rodzina patrzyła na Jerry’ego z niedowierzaniem. Do domu wpadli zmęczeni
Jacka i Sara. Zastali zdemolowany dom Martineza.
- Czyli u ciebie też byli!
- I u Miltona. Byli na kolacji, a jak
wróci zastali zdemolowany dom! To się wymyka spod kontroli! Jack trzeba to
załatwić. – Sara pokiwała twierdząco głową. Był jeden cel, zniszczyć Ramireza!
Za wszelką cenę…
- Musimy iść po dziewczyny i idziemy do
naszego garażu! – cała trójka ruszała do drzwi.
- Jerry, co tu się dzieje?
- Później mamo! – krzyknął do niej. –
Jeżeli wrócę… - powiedział do nosem.
- Wrócimy stary! – pocieszał go Jack,
choć w głębi duszy sam miał wielkie wątpliwości…
- Więc co robimy? Czekamy do walki za
tydzień czy działamy teraz? – Julia stała nad wszystkimi, motywując ich do
działania. Nie wiedzieć czemu, to ona stała się motywatorem wszystkich. Bronie
wszystkich leżały na stole i jakby czekały, aby ich użyć.
- Idziemy teraz! – krzyknęli Jerry i
Grace. Oboje byli do siebie podobni, jak rodzeństwo.
- Nie! – teraz Mika zabrała głos, jako
jedyna myślała trzeźwo, gdy Milton, Jack i Sara byli nieobecni. – Nie możemy
narażać Kim! Nie wiemy, gdzie ją trzymają, a za wczesny atak może spowodować
tylko, że ZABIJĄ Kim. – specjalnie trochę głośniej powiedziała ten okropny
czasownik. Jak na zawołanie to wybudziło Jacka z transu.
- Nie mogę stracić Kim! Już nie mam
rodziców… - wszyscy otworzyli szeroko usta. – Tak! Przyszli i najzwyczajniej w
świecie ich zabili z zimną krwią. Nie mogę teraz stracić i Kimmy… - powiedział
cicho i głośno westchnął.
- Jak słodko! Nazwałeś ją Kimmy! –
dziewczyny westchnęły zachwycone, a chłopaki przewrócili oczami. – Więc co robimy?
– Julia wróciła do najważniejszej sprawy, którą musieli rozwiązać teraz inaczej
mieliby przerąbane.
- Czekamy do walki! W innym wypadku
stracimy szansę uratowania Kim i siebie…
Crawford leżała na łóżku głodna i
wyczerpana. Nie było dnia ani godziny, żeby nie myślała o tym jak wielki błąd
popełniła zadając się z Jaydenem i to, że została z Jackiem. Starała sobie
przypomnieć ich wspólne chwile, te dwa czy trzy dni, gdy byli prawdziwą parą.
Kiedy jeszcze nie było Melanie… gdy na wychowaniu fizycznym pocałował ją
bezczelnie, gdy obok była nauczycielka. Teraz już ani ona ani on nie byli już
tymi samymi osobami. Zmienili się… Kim stała się bardziej ufna i mniej
niedostępna, co nie wyszło jej na dobre, skrzywiła się, gdy o tym myślała. A
Jack… stał się opiekuńczy i słodki… mimo iż ją zostawił, zrobił to dla jej
dobra. Dla niej, by była bezpieczna, co się niestety później nie udało, ale
tylko dlatego, że po pijanemu pokazali, co tak naprawdę czują. Jak przez mgłę
pamiętała, jak powiedział Też cię kocham!
Przez te trzy, krótkie słowa na twarzy Crawford pojawił się uśmiech. Kocha mnie! Naprawdę mnie kocha! Choć mówił
to pijaku, bo nie mógł utrzymać języka za zębami, jak ja! Jak bardzo się
chciała się stąd wydostać. Dwa tygodnie! Siedzi tu już dwa tygodnie i została
pobita. Jakby na przypomnienie tych bolesnych kopnięć, blondynkę zaczął boleć
brzuch.
- Serio? – spytała, patrząc w górę. –
Dlaczego to tak boli? - jakby chciała spytać tych na górze, czym tak bardzo
zawiniła. – Dlaczego tak bardzo boli? Dlaczego to uczucie tak boli? – już teraz
nie pytała o ból brzucha, pytała o miłość do Jacka. Wszystko zaczynało się
komplikować. Do „celi” wszedł Ramirez.
- Witam! Pozwolisz, że posprzątam… - szmatą
do podłogi przejechał do małej kałuży krwi, którą wypluła kilkanaście godzin
temu Kim. – Dziękuję!
- Są wyniki? – spytała Melanie. Była
taka… podniecona. Zaraz miało się okazać czy było prawdą, to co przypuszczali.
- Tak, są.
- Otwieraj tato! – Ramirez otworzył
kopertę i przeczytał zawartość. – Moi chemicy są świetni. – zaśmiał się. –
Kilka godzin i już są wyniki. – znów zaczął się śmiać.
- Co tam pisze? – spytała
zniecierpliwiona Melanie.
- Potwierdzają, to co mówiłaś… - zaczęli
się śmiać.
- Teraz muszę na nią uważać. Przecież
jest „chora”! – Melanie zaczęła się dziko śmiać, a Ramirez dołączył do niej.
Jeszcze tylko sześć dni i dziewięć godzin, a konfrontacja Ramireza i Jacka w
końcu się zacznie…
Ten rozdział jest dziwny xd miałam w nim uśmiercić Sarę, ale odpuściłam xd Nie podoba mi się i nwm czemu taki prosty, nudny i bez sensu rozdział zadedykowałam tobie Oluś ;***** Ale musisz to przecierpieć xd Kocham was wszystkich :D UWAGA!!! :D Jeszcze tylko dwa rozdziały i epilog, więc szykujcie się na END :D W epilogu okaże się, kto tak naprawdę to czyta, kto skomentuję będzie moim czytelnikiem ( czyli z 5 osób xd ) kocham was ♥
Aaaaaaaaa!!! Jakie to cudowne !!
OdpowiedzUsuńKocham go!!
Myślałam, że ten dzień będzie nudny i beznadziejny, ale jednak nie jest!
A to wszystko dzięki tobie <3
Co jest Kimmy ?
Kocham Cię i czekam na następny wspaniały rozdział :33
Super rozdział! I w cale nie jest dziwny tylko zajebisty! Jestem bardzo ciekawa czy utatują Kim i co to jest za 'choroba'? Tylko strasznie mi smutno, że jeszcze tylko 2 rozdziały :'( będę płakać. Mam nadzieję, że niedługo dodasz next <3
OdpowiedzUsuńWow...
OdpowiedzUsuńTen rozdział to cudo *.*
Tyle w nim emocji :D
Szkoda mi rodziców Jack'a i Sary :(
Już nie mogę się doczekać kolejnego ;)
PS.: Wybacz, że nie komentuję, ale ostatnio mam całkowity brak czasu :(
aww! *-*
OdpowiedzUsuńto jest świetne, kocham! ♥
no kotek i to jest talent, a nie, jak ty to okropnie ujęłaś "prosty, nudny i bez sensu" o.O szok, jak TY możesz tak o SOBIE pisać, skoro tyś moim autorytetem! ♥ ♥ ♥ i więcej mi tak nie pisz, bo będzie foch MAXX :** :D
kocham i czekam na nn:** ♥
To jest cudne!! Tyle emocji! OMG! Jak można tak świetnie pisać??
OdpowiedzUsuńDobrze, że jednak nie uśmierciłaś Sary! Szkoda mi Jack'a :( Stracił rodziców! Aż mi się płakać chce! Teraz niech nasz bohater uratuje Kim!! CZekam z niecierpliwością na kolejny! Kiedy dodasz?? Mam nadzieję, że jak najszybciej! :**
Cudowne!!
OdpowiedzUsuńPisz dalej!!
PRoszę nie kończ!!
Jesteś...cie ty i twój blog całym moim światem
Czekam na nexta!!! :****
Super rozdział!!!
OdpowiedzUsuńUwielbiam tego bloga ♥
Jaka choroba Kim?
Nie mogę doczekać się nast rozdziału :*
Wielbię xD
arrrr ;33 ROZDZIAŁ JEST BOSKI <333
OdpowiedzUsuńjakbym nie wiedziała, co jej jest to bym chyba nie wytrzymała psychicznie :D o taak.. ja wieem xd hahahahha :D
dziękuję za dedykację <33
KOCHAM CIĘ ♥♥♥♥